PinterestFacebookInstagram

Moje Montessori

Montessori w domu czyli uczymy się od dzieci jak być wielkimi

Niecodzienna codzienność

3 września 2016 | kategoria 2,5 - 3 lata

Pomysłem na mój blog było dzielenie się naszą Montessori podróżą czyli wprowadzaniem montessoriańskich zasad i podejścia do dziecka bez formalnego wykształcenia w tej dziedzinie, z wiedzą zaczerpniętą przede wszystkim z książek autorstwa Marii Montessori czy podejrzaną u innych rodzin czyniących to samo. Dzielenie się zasadami wprowadzanymi w domu, pomysłami na urządzanie przestrzeni, ciekawymi cytatami czy materiałami. Ale… Blog ma to do siebie, że staje się z niego tak trochę osobisty kawałek świata, gdzie czasami przelewam przemyślenia, którymi się nie dzielę nawet z osobami w moim najbliższym otoczeniu (oprócz męża, oczywiście 😉 ) bo mam takie uczucie, że by mnie nie zrozumieli. Dzielę się z wami, ale również po prostu zachowuje swoje wspomnienia i przemyślenia, które by inaczej po pewnym czasie wybladły czy w ogóle zniknęły. Dlatego was przepraszam, że czasami, kiedy są dni, że wszystko jest wspaniałe albo kiedy jest wszystko do kitu, mogą się tutaj pojawiać wpisy bardziej osobiste, ale wszystkie jednak w montessoriańskim temacie. 🙂 I dzisiejszy dzień jest właśnie jednym z nich.


Moje Montessori S. w pokoju

 

S. niedawno skończył 33 miesiące (mnie się cały czas nie chcę wierzyć, że tak jest: wiele rzeczy woli robić sam, jego słowotok jest trudny do powstrzymania i zadaje tak mądre pytania, aż mi się w głowie kręci, ale cóż, chyba wszystkie mamy tak mają). Czuję, że wiele się zmienia, S. jest bardziej dociekliwy, zadaje coraz trudniejsze pytania, wszystko przemyśluje, a ja czuję na sobie coraz większą presję, żeby zaspokoić tę jego ciekawość i chęć poznawania świata. I jeszcze ta jego zadziwiająca samodzielność. Nie mówię tutaj o samodzielności typu, że już nie potrzebuje mamy do zasypiania czy przytulenia jak się uderzy. Chodzi mi bardziej o taką samodzielność i pewność siebie, którą pokazuje działając w życiu codziennym czy podejmując własne decyzje.


Moje Montessori Praca na learning tower

 

 

Podając przykład, dzisiaj popołudniu miał ochotę na przekąskę. S. jak to S. zawsze wie, co ma ochotę zjeść. I nie tylko wie, on często potrafi sam się obsłużyć bez tego, żeby poprosił o pomoc albo żeby nam (rodzicom) w ogóle o tym powiedział. Po prostu w domu czuje się jak w domu i działa jak u siebie. Miał ochotę na płatki z mlekiem ryżowym: nic nie powiedział, po prostu poszedł do kuchni, wyjął z lodówki mleko, z szuflady płatki, ze swojej półki talerz i łyżkę. Podszedł do swojego stolika w kuchni i sam się obsłużył. Może to jest coś normalnego (dla S. na pewno) a może nie.

 

Wszystkie jego działania tego typu (mycie po sobie naczyń, samodzielnie mycie rąk czy rozbieranie się po spacerze, wkładanie butów, nalewanie wody do picia, krojenie ogórka na kanapkę itp.) są możliwe dzięki, no czemuś innemu niż mojemu ulubionemu przygotowanemu otoczeniu. Czasami tak sobie myślę, że co by było gdybym się nie natknęła na książki Marii Montessori. Czy wpadłabym sama na to, żeby S. miał swoją półkę ze swoimi naczyniami w kuchni, z których może samodzielnie korzystać? Czy przyszłoby mi do głowy urządzić mu pokój tak, jak go właśnie urządziliśmy, czyli z niskimi półkami, obrazkami na wysokości jego oczu czy książkami obróconymi okładkami do przodu, po które uwielbia sięgać? Czy wiedziałabym co to jest learning tower (i że nam jest tak niesamowicie potrzebny)? Myślę, że na pewno nie. Teraz mi się to wydaje najbardziej naturalną i oczywistą rzeczą, ale myślę, że sama bym chyba o takich rozwiązaniach nie pomyślała.


Moje Montessori Półeczki w pokoju

 

Uwielbiam te momenty, kiedy widzę, że S. działa zupełnie samodzielnie, wybiera sobie jedzenie czy koszulkę, którą chcę włożyć (albo którą chce, żebym ja włożyła 😉 ) albo kiedy po prostu korzysta ze wszystkiego w swoim – naszym domu. Nie chodzi mi teraz o rzeczy, które już potrafi zrobić samodzielnie, czy potrafi to czy owo. Chodzi mi bardziej o tę jego pewność siebie, o wiarę, że przecież potrafi sobie zrobić sam coś do jedzenia, włożyć buty czy wymyć ręce. I o to uczucie, że nasz dom traktuje jako swój, z tymi wszystkimi rzeczami dostosowanymi do siebie, które mu umożliwiają wykonywać różne prace samemu. Że nie musi się pytać czy nas prosić, czy sobie może zabrać coś do jedzenia, wybrać książkę czy wyjąć ubranie. Po prostu może i to robi. I bardzo lubię to jego często powtarzane zdanie: „Mama, ja sobie sam poradzę.” No pewnie że tak.

 

Może przesadzam i jestem sentymentalna (zawsze byłam 😉 ), ale myślę, że wiele z tych wyżej wymienionych rzeczy, tę samodzielność i pewność siebie, zawdzięczamy myślom Marii Montessori.

 

Na dzisiaj tyle. I obiecuję, że następny wpis będzie już o czymś bardziej praktycznym. 😉

Save

Save

Save

Powiązane wpisy

Komentarze

  1. Wspaniałą jesteś matką, a Twój blog i wiedza pierwsza liga. Ja dopiero uczę się wprowadzać to wszystko do mnie do domu dla moich synów ( 2 i 4 lata). Bo ta graciarnia zabawkowa, która powstała u moim w domu po prostu przeraża. Pozdrowienia dla Ciebie i Twojego mądrego synka.

    • Dziękujemy oboje za przemiły komentarz! 🙂 Ta nasza Montessori droga okazuje się bardzo ciekawą podróżą i mam nadzieję, że dużo jeszcze przed nami. Mówię nami, bo to nie tylko synuś się uczy, ja również (Tak jak w motto mojego bloga „Uczymy się od dzieci jak być wielkimi”, bo tak właśnie jest. 😉 ). Pozdrawiam ciepło Ciebię i również synków! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *