PinterestFacebookInstagram

Moje Montessori

Montessori w domu czyli uczymy się od dzieci jak być wielkimi

Nasza droga do samodzielnego jedzenia

21 października 2015 | kategoria Inne różności

Kiedy zaczęłam prowadzić ten blog, nasz S. miał około 18 miesięcy. Jego droga do samodzielności w strefie jedzenia była wtedy już w dosyć zaawansowanym stadium. Bardzo żałuję, że nie mam z tamtego okresu więcej zdjęć, które zilustrowałyby jego podróż od pierwszych prób trzymania łyżeczki do bycia samodzielnym jadaczem, którym jest dzisiaj. Spróbuję zatem przynajmniej opisać doświadczenia, próby i błędy przy naszej, wciąż oczywiście trwającej, podróży.

Moje Montessori Nasza droga do samodzielnego jedzenia

S. był karmiony wyłącznie piersią do ukończenia szóstego miesiąca. Nie wyglądało to tak, że patrzyliśmy dokładnie w kalendarz i jak miał sześć miesięcy i jeden dzień zaczęliśmy wprowadzać inne pokarmy. Czekaliśmy na moment, kiedy będzie zainteresowany jedzeniem śledząc nasze posiłki. Miał prawie dokładnie sześć miesięcy kiedy spróbował pierwszego jabłka. Pamiętam, że miał wtedy tylko dwa dolne ząbki, którymi sobie z niego zeskrobywał miąższ. Później przyszły pierwsze warzywa i zupki, wszystko podawane łyżeczką. Do około dziesiątego miesiąca był raczej niejadkiem, później wszystko się zmieniło.

Początki

Zupki czy warzywa zawsze były zmiksowane i podawaliśmy je łyżeczką. Nie słyszałam wtedy nic o metodzie BLW (i szkoda), teraz bym się nad nią na pewno zastanowiła. Jednak jeśli S. chciał sięgnąć rączką do miski i wnurzyć ją w zupkę, nigdy mu nie zabraniałam. Pojawiło się w jego życiu coś nowego, ciekawego i smacznego i on to chciał zbadać wszystkimi swoimi zmysłami, z dotykiem włącznie. Pozwalałam mu bawić się jedzeniem (w pewnych granicach oczywiście), próbować złapać zupkę rączką i potem ją zlizywać. Kiedy go karmiłam, obok miseczki czy talerzyka miał zawsze położoną swoją małą łyżeczkę. Tłumaczyłam mu, do czego ona służy i pokazywałam mu, jak się jej używa. Na początku traktował ją raczej bardziej jak gryzaczek niż jak łyżeczkę. Nie przeszkadzało mi to jednak, na początku chciałam tylko, żeby się przyzwyczaił, że podczas posiłku trzyma coś w rączce.

Niedługo nastąpiły pierwsze próby trafiania łyżeczką do buzi. Chyba nie muszę mówić, że wiele z nich było nie do końca udanych. Na początku używaliśmy łyżeczki z trochę wykrzywioną rączką, którą było mu łatwiej trafić do buzi. Nie zaliczam się do grono fanów plastiku, ale myślę, że ta właśnie plastikowa łyżeczka pomogła mu opanować pierwsze ruchy potrzebne do opanowania samodzielnego jedzenia.

Moje Montessori pierwszy widelczyk pierwsza łyżeczka

Oprócz zupek S. uwielbiał i nadal uwielbia różne owoce rosnące u nas w ogrodzie: maliny, jeżyny, porzeczki, poziomki. Już podczas jego pierwszego lata po drugiej stronie brzucha (czyli jak miał  około 9 miesięcy) był zachwycony, gdy mógł sobie sam spróbować urwać malinę. Lubił też bardzo studiować każdy owoc, uważnie mu się przyglądał, próbował go rozgnieść i dopiero wkładał do buzi. Nie zabraniałam mu w jego badaniach, były one świetną lekcją sensoryczną.

Moje Montessori jedzienie lekcja sensoryczna

Pora na widelczyk

Kiedy S. miał około 11 miesięcy przestaliśmy miksować jedzenie. Gryzł bez problemów i widać było, że woli jeść w kawałkach. W tym czasie wprowadziliśmy też widelczyk, plastikowy z wykrzywioną rączką z tego samego zestawu jak łyżeczka. Ruch potrzebny do nabrania czegoś na widelczyk był ten sam co przy łyżeczce. Jednakże nabieranie ryżu czy łososia pokrojonego w małe kawałeczki szło łatwiej z widelcem.

Niedługo S. miał już używanie sztućców opanowane na tyle, że zdecydowaliśmy się na wprowadzenie sztućców metalowych z klasyczną równą rączką. Dla S. było to kolejne duże wyzwanie, czasami nabieranie udawało się mu lepiej, czasami gorzej. Kiedy widziałam, że ma trudności i zaczyna się denerwować, podawałam mu widelczyk, który używaliśmy wcześniej i którego używanie miał już opanowane do perfekcji. Nie chciałam, żeby się przy jedzeniu frustrował czy denerwował, wszystko było slow and steady. :) Taki stan przejściowy trwał dłuższą chwilę, nawet 2-3 miesiące. Z czasem sztućce plastikowe używaliśmy coraz rzadziej aż wcale.

Przekonałam się już kilka razy, że wielkość przedmiotów, z którymi dziecko pracuje, je czy pije, mają duże znaczenie. S. nie był w stanie napić się sam z kubka, ale z małej filiżanki na espresso owszem. I tak samo było ze sztućcami. Widelczyk z zestawu dziecięcego jest dla dziecka które ma niewiele ponad rok zdecydowanie za duży. Dlatego zastąpiliśmy go widelczykiem deserowym. Ten nasz jest tylko trochę dłuższy od pierwszego plastikowego widelca i, co jest też ważne, nie ma ostrych zakończeń. Okazał się idealny i do tej pory S. używa go przy każdym posiłku.

Moje Montessori widelczyki

Ostatnim krokiem w używaniu widelca była nauka nabijania: kawałków gotowanej marchewki, banana, później też mięsa czy naleśnika. S. był zachwycony taką zabawą, a czasami się denerwował i nie chciał zjeść banana odgryzając z niego kawałek. Musiałam go pokroić i przynieść mu widelczyk.

Czy zawsze jest różowo?

I tak i nie. To, że S. potrafi samodzielnie zjeść obiad, nie znaczy, że mu się zawsze chce. Kiedy się tego dopiero uczył, stanowiło to duże wyzwanie, wymagało koncentracji. Potrafił wtedy siedzieć przy stole przez 40 minut i ‚walczyć’. Teraz, kiedy jedzenie jest już sprawą codzienną, którą mniej więcej opanował, faza wrażliwa skończyła się i inne czynności są bardziej interesujące.

Inną sprawą jest brud. Oczywiście, że był nieporządek. Na początku duży, z czasem coraz mniejszy. Myślę, że jest on nieodłączną częścią procesu. Pięknie ujęła to Maria Montessori:

Któż nie wie o tym, że nauczenie dziecka samodzielnego jedzenia, mycia czy ubierania się wymaga większego wysiłku i niepomiernie większej dozy cierpliwości niż wykonywanie tych czynności za niego? Pierwsze podejście jest zadaniem dla wychowawcy, drugie zaś łatwą i mniej szlachetną pracą służącego. Jest ono nie tylko łatwiejsze dla matki, ale też niebezpieczne dla dziecka, zaburzając i stawiając przeszkody na drodze rozwijającego się życia.

Maria Montessori, The Montessori Method (tłumaczenie w moim wykonaniu)

Moje Montessori Samodzielne jedzenie

Uff, ale mi się zrobił długi wpis! Droga do samodzielności w jedzeniu jest jednak tak fascynująca (i pracochłonna), że na jednym wpisie się nie skończy. Będzie kontynuacja.

Poinformuj znajomych


Share on FacebookPin on PinterestTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *